25.3.20

Elżbieta Gaudasińska - Artystyczna droga nie całkiem wygodna

Kiedy otwierają się drzwi do podwarszawskiego domu, po kilku minutach wiem, że to będzie jedno z najważniejszych spotkań. Nie tylko dla tej książki, również dla całej mojej dziennikarskiej pracy. Uważne spojrzenie, energiczne ruchy, od początku konkretna rozmowa, do której solidnie się przygotowałam, a i tak artystce udało się mnie kilka razy zbić z tropu. Słynie z ciętego języka, poczucia humoru, wyrazistych poglądów. Do tego dochodzą znakomita pamięć, dystans do siebie, dar obserwacji i świadomość oczekiwań współczesnego odbiorcy literatury. W pracowni na strychu, otoczona tkaninami, pamiątkami rodzinnymi, pracami swoimi i męża Tomasza Borowskiego, również artysty malarza, Elżbieta Gaudasińska wspomina dawne czasy.

– Tu mam siedem lat. – Pokazuje zdjęcie rezolutnej dziewczynki, dość poważnie wpatrującej się w obiektyw. – Kiedy siadałam na parapecie okna, to widziałam ruiny getta. Takie są moje pierwsze obrazy zatrzymane w pamięci. Do tego mieszkania wprowadziliśmy się po wojnie, nasze przedwojenne nie istniało. Do szkoły szłam też przez ruiny, ścieżką wzdłuż zasypanych ulic, po górach z kamieni i cegieł. Ale zaczęło się wreszcie w miarę normalne dzieciństwo, nauka, wycieczki za miasto, pierwsze książki. Pamiętam na przykład wierszyki Brzechwy, z jeszcze przedwojenny- mi ilustracjami, czy „Świerszczyki” kupowane regularnie przez rodziców. I miałam może jedenaście lat, kiedy rodzi- ce zaczęli mnie zabierać na wystawy malarstwa. Doskonale pamiętam abstrakcje Jaremy pokazywane w Arsenale, zrobiły na mnie duże wrażenie. Sama jednak niespecjalnie lubiłam rysować. Dopiero pod koniec szkoły podstawowej zapisałam się do kółka plastycznego na zajęcia z tkaniny, a jak już byłam w liceum, to chodziłam na zajęcia z malarstwa do MDK-u na Myśliwieckiej. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym szóstym roku zdawałam zresztą do liceum plastycznego, ale ponieważ dostałam dwóję z matematyki, to się nie dostałam. Nie wiadomo zresztą, dlaczego tak mi źle poszło, bo potem w liceum ogólnokształcącym byłam niezła z matematyki.

– Ale po liceum była już Akademia Sztuk Pięknych.

– Też nie od razu! Jakiś pech mnie prześladował. Wtedy kandydat sam przynosił teczkę, a papiery przesyłała szkoła. Ale w moim przypadku tak się nie stało, szkoła zapomniała. Nie zdawałam na inne studia, poszłam pracować do Teatru Guliwer, bardzo dobrze to wspominam, nauczyłam się w pracowni lalek różnych rzeczy. A potem sama zadbałam o papiery, o teczkę i dostałam się na Akademię. Tego lata ojciec, inżynier budownictwa, dostał przydział na większe mieszkanie przy moście Gdańskim i przeprowadziliśmy się całą rodziną.

– Czy studia spełniły pani oczekiwania?

– Nie. Nie podobało mi się i nie byłam dobrą studentką, mój profesor nie był ze mnie rad. W pierwszej pracowni spędziłam, męcząc się, dwa lata, a potem dostałam się do pracowni Aleksandra Kobzdeja i wreszcie poczułam się zadowolona. Profesor zawsze szanował indywidualności, a było ich trochę w naszej pracowni: Feliks Falk, Ryszard Winiarski, Adam Kreczmar, Jonasz Kofta. Ludzie, którzy potem poszli przecież w bardzo różnych kierunkach.

– A kiedy pojawiła się tkanina?

– W pracowni profesor Anny Śledziewskiej. Byłam u niej na dodatkowych zajęciach z tkaniny przez dwa lata. Już wtedy czułam, że po studiach trudno będzie się utrzymać z malarstwa. Szukałam swojej drogi.

– I tą wybraną drogą było ilustrowanie książek?

– Najpierw był „Świerszczyk”. Drobne ilustracje do niewielkich tekstów. Potem poszłam do Czytelnika, udało mi się zrobić kilka okładek u cudownego Andrzeja Heidricha, który popatrzył na mnie łaskawym okiem. Pierwsze okładki robiłam po sześć razy. Przejść z malarstwa do grafiki jest bardzo ciężko.



Ciąg dalszy w >>

Tytuł: Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów
Autorka: Barbara Gawryluk
Kategoria: dla młodzieży i dorosłych
Wydawnictwo: Marginesy
Rok wydania: 2019








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękujemy!