8.3.20

Danuta Konwicka - W cieniu słynnych mężczyzn, czyli idealnie wykorzystana nisza

Spotykamy się w pracowni z widokiem na Wisłę, miejscu z własną historią. Po śmierci ojca, Tadeusza Konwickiego, Maria Konwicka porządkuje archiwum obojga rodziców. Czas upływa jej na czytaniu notatek, dzienników, listów, przeglądaniu fotografii, pamiątek, dokumentów. Prace mamy, Danuty Konwickiej, przechowuje na pawlaczu.

– To cud, że w dzisiejszym chaosie rysunki mamy są przypominane. Słowa uznania należą się wydawnictwu Dwie Siostry i serii Mistrzowie Ilustracji, w której ukazała się jakiś czas temu książka Malutka czarownica z ilustracjami mojej mamy. Tata był przeszczęśliwy, dumny, a nowe pokolenie dzieci mogło zobaczyć te czarujące ilustracje. Wydawnictwo co jakiś czas organizuje spotkania z dziecięcymi czytelnikami i wtedy na ścianach wiszą między innymi jej powiększone ilustracje i krótki biogram. Mama potrafiła tworzyć niewinny bajkowy świat, który trafiał do wyobraźni najmłodszych.

– Rozmawiamy w miejscu, które bardzo ściśle związane jest z pracą Danuty Konwickiej.

– Tak się złożyło, że kiedy wróciłam z Ameryki, zamieszkałam w tej pracowni. Miała wspaniały klimat: nawarstwiły się tu narzędzia pracy kilku artystów – olbrzymie ilości farb, kredek, sztalug, papierów, blejtramów, starych wydań Szpilek, rozpadających się już albumów. Pierwszy miał tu pracownię mój dziadek, malarz Alfred Lenica, włożył w jej budowę własne pieniądze, kiedy ten budynek powstawał, doradzał architektowi. Dlatego jest tu znakomite światło do malowania, skosy, poddasze, cudowny klimat, dziadek o to zadbał. Przyjeżdżał tu też z Francji wujek Jan Lenica i właśnie tutaj pracował. No i w końcu mama, bo w mieszkaniu zupełnie nie miała warunków. Ja też tutaj robiłam swój dyplom na ASP. No ale kiedy się tu po latach wprowadziłam, nie dało się w tym muzeum pracy mieszkać. Musiałam to wszystko wyrzucić, zrobić generalny remont. Oczywiście prace mamy zostały – precyzyjnie przez nią uporządkowane i opisane w teczkach.

– To tu pani mama szła do pracy?

– Tak. Podobno można było zegarek regulować, tak była punktualna i solidna. Mama pochodziła z Poznania. Sąsiadka mówiła, że punkt dziewiąta zjawiała się w pracowni. Ona tu miała swój świat. Nie tylko sztalugi, farby i kredki. To tutaj gromadziła książki, albumy, atlasy, które służyły jej przy malowaniu na przykład roślin czy zwierząt. Słuchała muzyki, Armstronga, Elli Fitzgerald, dużo jazzu.

– Była wolnym strzelcem czy związała się z jakąś redakcją? – Od początku chciała być niezależna i pracować na swoich warunkach. Ja się urodziłam, kiedy mama studiowała na Akademii Sztuk Pięknych. Już wtedy musiała godzić naukę z opieką nad dzieckiem. I potem też miała taki sposób na życie. Nie chciała nigdzie pracować na stałe, bo zależało jej na prowadzeniu domu i zajmowaniu się mną i moją młodszą siostrą Anną. Poza tym byłyśmy wychowywane tak, że trzeba się rozwijać, tworzyć, że to jest w życiu najważniejsze. Bardzo wcześnie razem z dziadkiem dbali o to, żebyśmy rysowały, a do mojego debiutu na okładce Świerszczyka doszło, kiedy miałam pięć lat. 


Ciąg dalszy w >>

Tytuł: Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów
Autorka: Barbara Gawryluk
Kategoria: dla młodzieży i dorosłych
Wydawnictwo: Marginesy
Rok wydania: 2019







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękujemy!